Marzec 2020 roku – właściwie podobało mi się to spowolnienie ludzkości. Czytałam na potęgę, nie wyrzucając sobie, że nie staję właśnie na rzęsach, by rozkręcić nowo założoną działalność gospodarczą i na chwilę przestałam się katować myślami, że mi nie idzie, bo nie szło teraz nikomu. Nikt z moich bliskich ani znajomych nie był na to chory, więc nie było się czym przejmować. Co prawda tacie, funkcjonującemu od lat ze sztuczną zastawką, przełożono badania kontrolne na nieokreśloną przyszłość, ale czuł się dobrze. Wydawało się, że wystarczy zachować spokój i zdrowy rozsądek.
16 kwietnia czytałam na balkonie, gdy zadzwonił telefon. To była moja siostra, która wykrzyczała do słuchawki: “Ania! tata nie żyje!”.

Postać z fotografii jest metaforą człowieka w zamknięciu czy raczej “nieczłowieka”, którym uczyniła go pandemia.
Jednostki, która przestała pełnić role społeczne, spotykać się z ludźmi, być sobą. Osoby, która w tym czasie doświadczyła samotności, nieobecności bliskich albo utraciła ich na zawsze. Która w pojedynkę musiała stawić czoła ciemności, ciszy, lękowi, rozpaczy, apatii, pustce i braku nadziei.